Siódma rano. Dzień jak co dzień. Znowu idę ulicą i znowu mijam tysiące ludzi. Tysiące ludzi, ale wszyscy tacy obcy, samotni, zamknięci w swoim świecie. Idę dalej. Mijam tłum pędzący w różnorakie strony, nie wiadomo po co, nie wiadomo gdzie. Byle szybciej, byle prędzej, byle jak. Każdy myśli tylko o tym, że musi dotrzeć pierwszy do pracy, szkoły, czy gdziekolwiek indziej, jakby tylko jemu się spieszyło. Jakiś facet krzyczy do telefonu, zmieniając godzinę spotkania biznesowego, popychając przy tym niezauważalnie kobietę, które właśnie zamawia nowe buty przez internet. Szum aut, krzyki ludzi, a dookoła mnóstwo reklam i bilbordów. Duszno, smród spalin, piski opon. Wszystko to sprawia, że kręci mi się w głowie. Chcę spytać o drogę, ale w odpowiedzi słyszę tylko: "nie mam czasu", "spieszę się", bądz kłamliwe "nie wiem". Idę dalej. Mijam kobietę, która właśnie wrzeszczy na bezdomnego mężczyznę, że jej zawadza, pisząc jednocześnie na facebooku ile to ona popiera organizacji charytatywnych. Co za absurd. Tyle ludzi, a jednak z nikim nie można porozmawiać. Tyle ludzi, a jednak każdy taki samotny, żyje swoim życiem. Każdy zamknięty jakby w szklanej kuli, chcąc odizolować się od innych. Przykre. Zbliża się ósma. Dobrze, zaraz wszyscy dotrą tam, gdzie tak pędzili. Zamkną się, każdy w swoim biurze, każdy w swoim świecie i spokojnie przeczekają do szesnastej, kiedy to wyjdą z pracy i znowu w biegu będą pędzić, nie wiadomo po co, nie wiadomo gdzie. A ja będę stać, obserwować ich, próbować spowolnić, próbować zmienić, ale czy zdążę to zrobić zanim toksyczny świat wciągnie mnie w swój wir?

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz