Stoję w metrze. Wokół gwar niezadowolonych ludzi, a ja przysłuchuję się im monotonnym rozmowom. Ich codzienne narzekanie i brak entuzjazmu działają na mnie jak płachta na byka. I dzień w dzień to samo. To pogoda nie taka, za ciepło, za zimno, za mokro. To praca niefajna, za ciężka, za długa, za nudna. Albo kiedy jakimś cudem to wszystko dopisuje to mąż w domu marudzi, nie pomaga, to dzieci trzeba odebrać, obiad ugotować, zrobić zakupy i jeszcze na domiar złego ta siłownia wieczorem, której tak szczerze nienawidzą, ale znajomi z pracy chodzą to i oni nie mogą być gorsi. Narzekają, że im ciężko w życiu, że przytyli w ostatnim miesiącu, albo, że wczorajszy obiad w restauracji nie był zbyt smaczny. Narzekają, że ekran od iphona się zbił, albo, że internet w tablecie za wolno działa. Zaspani uczniowie, że studia za ciężkie, że w ogóle trzeba się uczyć. I ogólnie, że to wszystko nie ma sensu, że nie ma po co żyć. A ja stoję, stoję i marzę, jak pięknie by było gdyby zamilkli i chociaż na chwilę się uśmiechnęli, przez chwilę byli radośni, mili. Gdyby chociaż na chwilę przestali kreować sztuczne problemy, licząc na fałszywe współczucie. Gdyby pokazali trochę optymizmu. Marzę, marzę, lecz nie trwa to zbyt długo, bo jak zwykle moje myśli zagłuszone zostają przez jęki niezadowolenia.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz